Na urlopie najważniejsze są … spontaniczność i elastyczność 🙂 Taki właśnie był mój ostatni wyjazd. Planowany kilkudniowy pobyt w Ulm przerodził się w ponad tygodniową podróż po Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Był upalny początek września, Jezioro Bodeńskie było więc kierunkiem idealnym.
To była moja najdłuższa podróż solo. Gdy kładłam się spać nie wiedziałam, gdzie dotrę kolejnego dnia. Każdą z 7 nocy spędziłam w domach otwartych, przyjaznych i ciekawych świata obcych ludzi. Moi 'gospodarze’ przyjęli mnie jak dobrą koleżankę i zaprosili do swoich światów. Pozwolili mi też spojrzeć z drugiej strony na życie w miejscach, w których trawa mogłaby się wydawać bardziej zielona. Korzystałam z przepięknej pogody, dużo chodziłam, pływałam i jadłam. Podładowałam wyczerpujące się baterie i oderwałam się od codzienności. Czego chcieć więcej?
49 Euro Ticket? Wunderbar!
Samolot z Krakowa lądował w Memmingen. To bardzo małe lotnisko z bardzo dużym ruchem, o czym dobitnie przekonałam się w drodze powrotnej. Dzień wcześniej kupiłam online Deutschland-Ticket – bilet na niemieckie pociągi regionalne i komunikację publiczną (w tym tramwaje i metro) za 49 euro. Bilet działa na zasadach automatycznie odnawialnej subskrypcji i aby korzystać z niego przez miesiąc, najlepiej zrezygnować z abonamentu zaraz po zakupie. Ja zaczęłam z niego korzystać już w Memmingen, wsiadając do lotniskowego autobusu jadącego do centrum miasta. Porównując ceny pojedynczych biletów na trasach, którymi jeździłam, cena tego łączonego biletu zwróciła się już w połowie podróży. Z D-Ticketem możemy dojechać do pierwszego przystanku za granicą. Jednymi dodatkowymi kosztami komunikacji, które poniosłam, były ceny promu przez Jezioro Bodeńskie i pociągów po Austrii i Szwajcarii.
Lądując w Memmingen nie byłam przekonana, czy wsiądę do pociągu jadącego na północ, do Ulm (mojego pierwotnego celu podróży) czy na południe, nad Jezioro Bodeńskie. Wizja przygody, ekscytacja nieznanym i lejący się z nieba żar zwyciężyły, a ja ruszyłam do Lindau. Pociąg (czas jazdy to ok. 50 minut) mijał rolnicze tereny południowo – wschodniej części Badenii-Wirtembergii, a ja zastanawiałam się z czego wynika tak intensywnie zielony kolor trawy, na której beztrosko pasły się krowy. Jak później dowiedziałam się od mojego couchsurfingowego gospodarza, moje wrażenie mogło być prawidłowe, bo tereny te słyną z bardzo dobrej jakości ziemi i dobrych warunków dla rozwoju rolnictwa – 50% powierzchni tego landu stanowią tereny rolnicze, a 39% lasy.
Następna stacja: Lindau Insel
Na dworcu kolejowym czekał na mnie Sebastian, który gościł mnie u siebie tego dnia. Po 10 minutowym spacerze nad brzegiem jeziora dotarliśmy do jego mieszkania, położonego w pięknej okolicy, tuż przy lokalnym parku. Sebastian przez rok pracował w Azji, przygotowywał się do przebiegnięcia maratonu, a na miejsce do życia wybrał Lindau bo zawsze chciał mieszkać na wyspie. Dzięki niemu miałam okazję spróbować dania, które podobno jest popularne w Niemczech – placki ziemniaczanych z musem jabłkowym. No cóż …. nie ma to jak kabanosy z Polski, one w podróży zawsze się sprawdzają 😀 Wieczorem wybraliśmy się na zwiedzanie wyspy, której bulwary były pełne ludzi oglądających pomarańczowo-fioletowy zachód słońca.

Nazwa miasta Lindau pochodzi od porastających ten teren drzew – lipy. Centralną część Lindau stanowi nieduża wyspa o powierzchni 0,68 km², która trwale połączona z lądem została dopiero w 1853 r. To na niej znajdują się historyczne uliczki z okazałymi kamienicami i domami, których historia sięga nawet XVIII wieku. Z pewnością jednym z najciekawszych budynków Starego Miasta jest Ratusz wzniesiony w 1422 r., którego fasada jest ozdobiona pięknymi freskami. Port w Lindau oferuje połączenia promowe z wieloma miejscowościami rozsianymi wokół Jeziora Bodeńskiego. Wejścia do portu strzegą 6-tonowy kamienny lew, symbolizujący Bawarię oraz 36-metrowa latarnia morska.
Tu jest jakby luksusowo
Przyjechałam do Lindau wieczorem, więc o tym jak urocza to okolica przekonałam się w pełni kolejnego dnia. Sebastian dał mi klucze do swojego mieszkania. Dzięki temu mogłam zostawić bagaż i pospać trochę dłużej – on zaczynał pracę o 6:00. Od razu po śniadaniu ruszyłam na wycieczkę. Idąc bez planu, przed siebie, weszłam do ogrodu miejskiego. Poczułam się jak w eleganckim kurorcie – z przystrzyżonymi trawnikami, spokojną wodą jeziora, zadbanymi domami i równo poustawianymi ławkami. Na spacerze mijali mnie jedynie starsi uśmiechnięci ludzie, wyprowadzający psy zanim zarobi się upalnie. Było czysto, cicho i spokojnie. Mogłabym tam mieszkać 😉
Wychodząc z mieszkania, wrzuciłam do plecaka ręcznik. Nie miałam ze sobą stroju kąpielowego, ale bez stroju też można pływać 😀 Było około 8:00 i zaczynało się robić gorąco. Słońce wychodziło nad austriackimi i szwajcarskimi Alpami, wiec poranna kąpiel w takich okolicznościach była niesamowitym doświadczeniem. Woda była przyjemna, lekko chłodna i przejrzysta. Jezioro Bodeńskie, zasilane wodami Renem i Dunajem, stanowi rezerwuar wody pitnej dla ok. 5 mln ludzi i słynie z czystości. Średnia roczna temperatura wody to 13 stopni, a maksymalna głębokość to 254 m. W towarzystwie trzech lokalsów, tj. pływających obok 60-latków, czułam się bardzo bezpiecznie 😉 Miejsce do pływania pokazał mi poprzedniego dnia Sebastian, więc wiedziałam, że rano na pewno tam się zjawię. To był idealny początek tego gorącego dnia.
Kilka słów o Jeziorze Bodeńskim
Jezioro Bodeńskie to jedno z najpiękniejszych jezior Europy. Jest trzecim co do wielkości jeziorem śródlądowym Starego Kontynentu, o długości 64 km i maksymalnej szerokości 12 km. Malownicze położenie u podnóża Alp, na pograniczu Niemiec, Austrii i Szwajcarii, przyciąga wielu miłośników natury i aktywności fizycznej. Łagodny i ciepły mikroklimat tego regionu sprawia, że jest on licznie odwiedzany przez turystów, na których czeka wiele atrakcji (np. znana z egzotycznych roślin Wyspa Mainau). Wokół Jeziora Bodeńskiego prowadzi popularny szlak rowerowy, znajdziemy tu też szlaki trekkingowe oraz miejsca do pływania, żeglowania i windsurfingu. Jego linia brzegowa, licząca 273 km, jest usiana malowniczymi miastami i wioskami. Jezioro i jego okolice można podziwiać zarówno z góry, jak i z poziomu tafli w czasie rejsów.

Okrążając wyspę i spacerując wzdłuż brzegu mijałam kolejne zejścia do wody, ławki i trawniki, by ostatecznie dotrzeć do niezwykłego sklepu. Tuż nad brzegiem Jeziora Bodeńskiego, na ogromnym ogrodzonym terenie, znajdował się sklep z artykułami do wnętrz i ogrodów. Można tam było znaleźć wszystko – od tabliczek ze złotymi myślami, przez obrazy i donice, aż po rzeźby i fontanny ogrodowe. Spędziłam tam chyba z 2 godziny, spacerując i przeglądając wszystkie bibeloty. Gdybym tylko miała odpowiedniej wielkości bagaż, z pewnością pokusiłabym się o zakupy.



Ludzie Lindau
Szwędając się po uliczkach Lindau w poszukiwaniu miejsca na obiad, trafiłam do pewnej włoskiej restauracji, prowadzonej przez chłopaka z Albanii. Mieszkał w Niemczech od 3 lat, a od 8 miesięcy wraz z rodziną prowadził restauracje. Widziałam, że roznosząc dania dość często mieszały mu się zamówienia. Gdy okazało się, że jest zarówno szefem i kelnerem, a pracuje codziennie od rana do nocy, nie można było mieć do niego pretensji. Był na tyle miły, że zabrał mi do ładowania mój powerbank. Szkoda tylko ze zapomniał podłączyć go do prądu 😀 Przy płaceniu rachunku okazało się, że bateria nadal pokazuje 0%. Mój nowy znajomy zaproponował, żebym zostawiła powerbank w restauracji i wróciła za 20 minut. Mój telefon miał ostatnie kilka % baterii (a to niespodzianka;), więc postanowiłam pochodzić przez ten czas po okolicy.
Weszłam do okolicznej księgarni i przeglądałam książki z oferty. Byłam wówczas jedynym klientem i zaczęłam rozmawiać z pracującą tam dziewczyną. Anne pochodziła z Berlina i tam mieszkała całe życie, studiowała i potem pracowała w agencji reklamowej. Była męczona miastem, tempem życia, ciśnieniem na kreatywność i dużą ilością pracy. Brakowało jej zieleni i spokoju – znalazła to w Lindau, pracując w księgarni. Jej partner pochodzi z Konstancji, największego miasta nad Jeziorem Bodeńskim, dlatego bywa ono też nazywane Jeziorem Konstanckim. Dzięki jego zarobkom, ona może sobie pozwolić na spokojną pracę. Zawsze chciała zwiedzać świat, a potem przyszło zderzenie z rzeczywistością. Gdy usłyszała, że mieszkam w Krakowie, to zobaczyłam błysk w jej oku, zachwycała się miastem. Słyszała o Couchsurfingu, ale bała się spać u obcych ludzi. Powiedziałam jej, że już zna. Mnie 🙂 Być może kiedyś znów się spotkamy.
Kolejny przystanek
Czas w Lindau mijał beztrosko, ale nie wiedziałam jeszcze gdzie spędzę kolejną noc. Przechodząc koło jednego z biur rejsów zobaczyłam reklamę austriackiej Bregencji. Moja pierwsza myśl: Co to za miasto? Nie kojarzę 😉 Stosunkowo szybko dostałam potwierdzenie od gospodarzy z Bregencji, którzy zaprosili mnie do przenocowania u nich. Plan na kolejny dzień był gotowy! Około 15:00 wróciłam do mieszkania Sebastiana. Zabrałam walizkę, na parapecie zostawiłam klucze i a na stole wiadomość dla Sebastiana z podziękowaniem za gościnę i czekoladę z Karmello. Miałam ich kilka tak na wszelki wypadek, mając nadzieję korzystać z Couchsurfingu jak najczęściej – i mogłam ich kupić jeszcze więcej 😉 W drodze do portu wstąpiłam do sklepu z żywieniowymi ciekawostkami, gdzie miła pani poczęstowała mnie limoncello na śmietance. Uwielbiam wszystko, co cytrynowe, więc nie mogłam odmówić.
Wyposażona w lemoniadę, ruszyłam dalej. Prom do Bregencji kosztował 8 euro i podróż trwała koło 30 minut. Podróż wodna była ciekawym urozmaiceniem, choc generalnie wolę oglądać świat z góry – taka okazja nadarzyła się już kolejnego dnia. Po 20-minutowym spacerze na dworzec kolejowy odnalazłam autobus nr 151 i ruszyłam w drogę do Romany i Andiego.





